Zgodnie z obietnicą pomógł
mi się ubrać, nawet ciuchy dobierał. Zniósł mnie po schodach. A chciałam
sama iść to nie, bo się przewrócę. Bla bla.
-jak się spało?-spytał Harry
wpatrzony w telefon
-weźcie mu ten telefon a jak nie to pójdę do
robotników, którzy akurat coś robią obok drogi i akurat mają młot pneumatyczny- powiedział zła
-czyli to co w tamtym tygodniu-powiedziałam a
wszyscy popatrzyli na mnie ze zdziwieniem
-przypomniałaś sobie!- krzykną
Harry
-ale... Jak?-spytałam
- no nie wiem ale jakoś na pewno- powiedział
An-boski strój
-dzięki Louis dobierał
-dobra ja się przebiorę- powiedział Louis i wyszedł
-trzeba zabrać cię na wyścig tak wszystko stanie ci przed oczami- stwierdził Harry
-a masz pomysł jak? Bałwanię ona chodzić nie może bo to ją boli-An przybiła sobie w czoło z
otwartej dłoni
-a kiedy pozbędę się szwów?-spytałam
-sprawdzę, ocenię, stwierdzę- uśmiechnęła się An
-ok-odwzajemniłam gest.
-co chcesz na śniadanie- zmieniła temat
-to może naleśniki-powiedziałam nie pewnie
-a
wiesz, że też mam ochotę?- po pysznym śniadaniu zrobionym przez An, z
pomocą Loui, poszłam do salonu i usiadłam na kanapie
-potrzebujesz
czegoś?-spytał
-tak. Zjedz coś, odpręż się- powiedziałam a Louis
popatrzył błagalnie- no co? Ja chce tylko żebyś zadbał o siebie-
posłałam mu buziaka w powietrzu a on zbliżył się do mnie i mnie
pocałował.
-czuje się zadbany- uśmiechną się
-ta na głodówce An, mądry
człowiek, wszystko mi powiedziała. Marsz do kuchni mi coś zjeść bo jak
nie to nie ręczę za siebie-powiedziałam a Louis przerzucił oczami
-no idę,
idę- powiedział.
Tydzień później już wszystko pamiętałam. Na całe
szczęście. Pozbyłam się wszystkich szwów nawet po tym nieszczęsnym
nożu.
-to co teraz robimy?-spytała An
-no nie wiem za godzinę pasuje
już jechać na wyścig- i Louis mówi to z takim spokojem
-ty mi to mówisz z
takim ludzkim spokojem? Em na górę- krzyknęła An. Szybko się ubrałyśmy,
uczesałyśmy, umalowałyśmy a i tak nas poganiali.
-gotowe?- Harry spytał
po raz 100
-no pakuj się do auta-powiedziałyśmy równo
-eureka- powiedział błagalnie. Louis już pojechał a my mieliśmy do niego dołączyć
bo coś musiał załatwić. Na miejscu znaleźliśmy się po 15 minutach. Rozglądaliśmy się za Louisem ale nigdzie go nie wodziłam.
-jest- krzyknęła An. Z uśmiechem popatrzyłam w ten sam punkt ale kiedy dostrzegłam go z jakąś rudą dziewczyną, nie mogłam, rozpłakałam się. Obróciłam się żeby na to nie patrzeć i natknęłam się na tors Harrego.
-
nie płacz nie pokazuj, że cie to boli- powiedział przytulając mnie.
-zawieziesz mnie do domu?-spytałam
-pewnie- uśmiechną się słabo. Po
drodze oczywiście zasnęłam.
Obudziłam się o 10 ale nie miała zamiaru
wstawać. Przykryłam się bardziej kołdrą a w ręce trzymałam naszyjnik od
Loui, otrzymałam go od niego na urodziny. Rozpłakałam się, znowu. Ile razy
będę płać przez niego? Ile?
-mogę wejść- w pokoju pojawiła się An
-nom- przetarłam łuzy i pociągnęłam nosem.
-co on z tobą zrobił- przytuliła
mnie smutna-już dostał takiego okazana, że na trzydzieści lat góry mu
wystarczy
- oddasz mu to-dałam jej łańcuszek-tej rudej bardziej się
przyda
-Em-przytuliła mnie gdy wybuchła następną falą płaczu.
__________________________________________
Stwierdzam, że nie chcecie końca więc proszę bardzo rozdał ;*
A a tu macie boskie tłumaczenie Opowiadania o Harrym
http://psychotic-tlumaczenie.blogspot.com/
Oooooooo !
OdpowiedzUsuńCo dalej , next please !
Nie moge sie doczekac , życze weny !
Glupi Lou xo
~ Ro